Formularz logowania

Newsletter

Gościmy

Odwiedza nas 24 gości oraz 0 użytkowników.

Licznik odwiedzin

Dzisiaj12
Wczoraj69
W tygodniu234
W miesiącu1812
Ogółem222207

Formularz kontaktowy

Czy za zrobienie zdjęcia można pójść do piekła?

Obejrzeliśmy wczoraj z synem słynny film Michaela Cimino „Łowca jeleni”. To znaczy, tak naprawdę obejrzało go moje dziecko, a ja sobie go zaledwie przypomniałem. Powiem szczerze, że nie wiem, jak to się stało, ale mimo że on ma już 26 lat, filmem interesuje się kto wie, czy nie bardziej ode mnie, ma stałe oko na wszystko, co się we współczesnej kinematografii dzieje, tego akurat, jak się nagle okazało, nie widział nigdy. Zasiedliśmy więc sobie odpowiednio wcześnie – film Cimino trwa pełne trzy godziny – przed telewizorem, no i zanurzyliśmy w owej absolutnie niezwykłej, prowadzonej niemal w zwolnionym tempie, narracji i nastąpiła cisza przerywana tylko niekiedy leciutkim pobrzękiwaniem szkła.
No i pojawiła się w pewnym momencie owa nieśmiertelna już chyba kwestia Wietnamu, z oczywiście kluczową w tym filmie sceną, kiedy to DeNiro i Walken zmuszeni są przez żołnierzy Vietkongu do gry w tak zwaną „rosyjską ruletkę”. I to wtedy właśnie syn mój niespodziewanie zapytał mnie, czemu ta wojna wciąż tak bardzo gryzie amerykańskie sumienia. Wytłumaczyłem mu wszystko najlepiej jak umiałem, zwracając oczywiście przede wszystkim uwagę na owo słynne zdjęcie, na którym szef południowowietnamskiej policji, generał Nguyễn Ngọc Loan, zabija strzałem w głowę swojego imiennika, żołnierza Vietkongu Nguyễn Văn Léma, a które to zdjęcie, w zgodnej opinii wielu komentatorów praktycznie zapewniło Ameryce ostateczną wietnamską porażkę. Popatrzmy:
 
nguyen ngoc loan 
 
Kto wie, ten wie, a tym co nie wiedzą i są w tym momencie odpowiednio poruszeni, wyjaśnię, że owo zdjęcie – natychmiast zresztą podpisane słowem „morderstwo” oraz wyróżnione Nagrodą Pulitzera – na którym widzimy tego biednego przerażonego chłopaka, niemal dziecko, i mierzącego prosto w jego skroń bezwzględnego mordercę, zostało wykonane przez Eddiego Adamsa, reportera Associated Press i błyskawicznie rozesłane na cały świat z informacją, że oto do jakich wynaturzeń prowadzi amerykańskie zaangażowanie w Wietnamie. W konsekwencji, jak mówię, nie potrafiąc odpowiednio zareagować na ową publikację, Amerykanie zaczęli się stopniowo wycofywać z Wietnamu, ostatecznie oddając ów rejon Związkowi Sowieckiemu. To jednak, czego do dziś tak naprawdę większość z nas nie wie, to fakt, że ów biedny, tak okrutnie zamordowany chłopak z Vietkongu został chwilę wcześniej pojmany w pobliżu masowego grobu wypełnionymi 34 grobami cywilów, których dowodzony przez niego osobiście oddział właśnie pozabijał. On sam też, czego Loan był naocznym świadkiem, również osobiście, niemal chwilę wcześniej rozstrzelał pewnego południowowietnamskiego oficera wraz z jego żoną, 80-letnią matką, oraz trojgiem małych dzieci, tylko dlatego, że ten nie chciał mu powiedzieć, jak obsługiwać czołg. Tuż po aresztowaniu, Lém oświadczył, że jest bardzo dumny z tego co zrobił, a w tej sytuacji Loan stracił cierpliwość i Léma rozstrzelał. Ktoś mi teraz pewnie powie, że nie wolno zabijać i ja się oczywiście z tym zgadzam, natomiast uważam, że zachowując owo przykazanie w pamięci, ważne jest też to, by wiedzieć. Bo nie wiedzieć, to też grzech. I to niekiedy bardzo ciężki.
I proszę sobie teraz wyobrazić, że gdyby nie dociekliwość mojego dziecka, to i my byśmy się dziś nie dowiedzieli o tym, co najciekawsze, a więc to co najczęściej przychodzi później. Otóż skończyliśmy oglądać film, syn mój rzucił się do komputera, no i co się okazało? Po paru kolejnych miesiącach mianowicie generał Loan został ciężko postrzelony, w wyniku czego musiano amputować mu nogę. W trakcie oblężenia Sajgonu, kiedy wojna już się praktycznie zakończyła, przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie próbował prowadzić normalne życie, jako właściciel niewielkiej pizzerii. Niestety, w roku 1991 został rozpoznany, jego tożsamość została ujawniona publicznie i ostatecznie, po tym, jak na ścianach restauracji zaczęły pojawiać się napisy w rodzaju: „We know who you are, fucker”, przeszedł na emeryturę. Zmarł na raka w roku 1998. I proszę sobie wyobrazić, że w tym oto momencie na scenę wchodzi autor słynnego zdjęcia, reporter Associated Press, Eddie Adams ze swoim zamieszczonym po śmierci Loana w magazynie „Time”, a dziś już skutecznie zapomnianym oświadczeniem, w którym pisze:
Na tym zdjęciu zginęło dwoje ludzi, ten partyzant, ale też GENERAŁ NGUYEN NGOC LOAN. Generał zastrzelił partyzanta Vietkongu ze swojego rewolweru, a ja zabiłem generała swoją kamerą. Uważam, że fotografia bywa najpotężniejszą bronią na świecie. Ludzie jej wierzą, podczas gdy w rzeczywistości ona kłamie. I nie trzeba przy niej nawet manipulować. Wystarczy pokazać tylko część prawdy. A to co moje zdjęcie ukryło, to kwestia: ‘Co ty byś zrobił tego upalnego dnia na miejscu generała, gdyby zdarzyło ci się ująć przestępcę tuż po tym, jak ten z zimną krwią zamordował jednego, a może dwoje, czy troje Amerykanów’… Owo zdjęcie zniszczyło moje życie. Co ciekawe, Loan nigdy nie miał do mnie o nie pretensji. Powiedział mi kiedyś, że pewnie gdybym to nie ja je zrobił, zrobiłby je ktoś inny. Ja jednak już nigdy nie przestałem mieć wyrzutów sumienia w stosunku do niego i jego rodziny... Kiedy umarł, wysłałem kwiaty z dopiskiem: ‘Przepraszam i dziś już tylko płaczę’”.
Ja zdaję sobie sprawę z tego, że sytuacja zrobiła się trochę dziwna. Z jednej strony mamy ten film, a więc, jak by nie patrzeć, najczystszy pop, z drugiej owo zdjęcie, gdzie, choćbyśmy nie wiem, jak się starali, widzimy kogoś, kto z całkowicie spokojną twarzą strzela człowiekowi w głowę, no a ja na to wszystko zaczynam opowiadać jakieś tam naprawdę zupełnie nieistotne anegdoty. Dobra więc, stoję wobec tych zarzutów z odsłoniętą piersią i proszę o jeszcze. Proszę mi też jednak pozwolić powtórzyć to, co powiedziałem już nieco wcześniej: naprawdę nigdy nie zaszkodzi wiedzieć.
Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować wszystkie moje książki. Szczerze zachęcam.

Pożegnaj bohaterów, obejrzyj film, weź udział w dyskusji. IPN zaprasza po pogrzebie „Inki” i „Zagończyka”

W niedzielę 28 sierpnia w Gdańsku odbędzie się uroczysty pogrzeb ś.p. Danuty Siedzikówny ps. Inka i ś.p. Feliksa Selmanowicza ps. Zagończyk. Bohaterowie podziemia niepodległościowego zostaną pochowani w 70. rocznicę wykonania na nich wyroku wydanego przez komunistyczny sąd.

CZYTAJ TAKŻE: Inka i Zagończyk zostaną pochowani z państwowymi honorami! 28 sierpnia pogrzeb polskich bohaterów

Dzień później, w poniedziałek 29 sierpnia „Przystanek Historia” Centrum Edukacyjne IPN im. Janusza Kurtyki (ul. Marszałkowska 21/25, Warszawa) zaprasza na pokazy filmu ”Inka. Zachowałam się jak trzeba” w reżyserii Arkadiusza Gołębiewskiego. Projekcje odbędą się o godz. 10:00, 14:00 oraz 17:30. Po ostatniej projekcji zapraszamy na dyskusję. Gośćmi spotkania będą: prof. Krzysztof Szwagrzyk, wiceprezes IPN, Arkadiusz Gołębiewski, reżyser filmu oraz Marcin Wikło, dziennikarz tygodnika „wSieci”.

Osią dokumentu „Inka. Zachowałam się jak trzeba” są poszukiwania grobu legendarnej sanitariuszki V Brygady Wileńskiej AK. Film miał premierę 1 marca 2015 r., w ramach obchodów Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

Danuta Siedzikówna ps. Inka przyszła na świat 3 września 1928 r. w Guszczewinie na Podlasiu. Wstąpiła w struktury Armii Krajowej wraz z siostrą Wiesławą w grudniu 1943 r. Kilka miesięcy później ukończyła kurs sanitariuszki. Działała w siatce konspiracyjnej AK kierowanej przez leśniczego Stanisława Wołoncieja ps. „Konus” z Narewki. W październiku 1944 r. podjęła pracę jako kancelistka w nadleśnictwie w Narewce. W czerwcu 1945 r. wraz z pracownikami nadleśnictwa została aresztowana przez NKWD i UBP pod zarzutem współpracy z podziemiem niepodległościowym. Uwolniona z konwoju aresztantów przez oddział 5 Wileńskiej Brygady AK, do którego dołączyła. Została sanitariuszką w oddziale „Konusa”, potem w szwadronach: por. Jana Mazura ps. „Piast” i por. Marcina Plucińskiego ps. „Mścisław” w plutonie Zdzisława Badochy ps. „Żelazny”. Po rozformowaniu oddziału we wrześniu 1945 r. podjęła naukę w gimnazjum w Nierośnie (gm. Dąbrowa Białostocka). W marcu 1946 r. „Inka” dołączyła ponownie do oddziału, który operował na terenie Pomorza Gdańskiego. Dostała przydział sanitariuszki do szwadronu dowodzonego przez Zdzisława Badochę ps. „Żelazny”. Wykonywała również zadania łączniczki, a czasem także zwiadowcy. W trakcie wielu akcji przeprowadzonych przez szwadron udzielała pomocy medycznej kolegom z oddziału oraz jednemu z rannych milicjantów. Ostatnią misją „Inki” była podróż po zaopatrzenie medyczne do Malborka, Gdańska i Olsztyna, zlecona przez Olgierda Christę ps. „Leszek”. Aresztowana w lokalu konspiracyjnym w nocy z 19 na 20 lipca 1946 r. w Gdańsku-Wrzeszczu. Brutalne śledztwo, opierające się na poniżaniu i torturach, miało na celu wydobycie z niej informacji na temat działalności oddziału mjr. Zygmunta Szendzielarza ps. „Łupaszka”. Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Gdańsku z dnia 3 sierpnia 1946 r. została skazana na dwukrotną karę śmierci. Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Czekając na wykonanie wyroku, z więzienia karno-śledczego przy ul. Kurkowej w Gdańsku przekazała krewnym gryps: „Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”. Wyrok na niespełna osiemnastoletniej „Ince” wykonano 28 sierpnia 1946 roku. Według relacji przymusowego świadka egzekucji, ks. Mariana Prusaka, ostatnie słowa „Inki” to: „Niech żyje Polska! Niech żyje »Łupaszko«!”.

Feliks Selmanowicz – ps. Zagończyk urodził się 6 czerwca 1904 r. w Wilnie. We wrześniu 1918 r., jako 14-latek, wstąpił do Samoobrony Wileńskiej; od kwietnia 1919 r. żołnierz I Batalionu Strzelców Nadniemeńskich; po zwycięskiej wojnie z bolszewikami służył w Milicji Ludowej Pasa Neutralnego jako naczelnik II rejonu IV Okręgu Trockiego. Ranny podczas potyczki z Litwinami. W sierpniu 1939 r. zmobilizowany w stopniu sierżanta do batalionu KOP Troki. Internowany przez Litwinów, zbiegł z obozu i rozpoczął działalność wywiadowczą w siatce wileńskiej SZP-ZWZ. Aresztowany przez NKWD, skazany na śmierć, uciekł z transportu i kontynuował działalność wywiadowczą. W 1944 r. trafił do 3 Wileńskiej Brygady AK por. Gracjana Fróga „Szczerbca”, potem do 5 Brygady mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, krótko był także w 4 Brygadzie „Narocz”. Internowany przez sowietów w obozie w Miednikach Królewskich, został wywieziony do Kaługi, skąd w kwietniu 1945 r. uciekł i przedostał się do Polski. Od stycznia 1946 r. ponownie walczył w 5 Brygadzie „Łupaszki” na Pomorzu. Zatrzymany przez UB 8 lipca 1946 r. w Sopocie. Skazany na karę śmierci. Zamordowany 28 sierpnia 1946 r. razem z Danutą Siedzikówną „Inką” w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej.

WUj

Film "Inka 1946"-cały film

Cały ten pop, czyli kto zabił Jolantę Brzeską

Stali czytelnicy tego bloga z pewnością wiedzą, jaki jest mój stosunek do współczesnej polskiej kinematografii, literatury, muzyki, polskiego aktorstwa, polskiej rozrywki, teatru, sztuki, polskiego dziennikarstwa i w ogóle całego tego systemu, który decyduje o tym, kogo należy przepuścić przez bramki, komu kazać czekać w poczekalni, a komu powiedzieć, żeby szedł w cholerę i więcej nie wracał. Dla kogoś, kto z jednej strony praktycznie przez całe życie był zanurzony w chłonięcie tego wszystko, co autoryzowane jest wyłącznie przez unikalny ludzki talent, a z drugiej czuł się na zawsze związany z poczuciem dumnej przynależności do jednego narodu i jednej ojczyzny, ów ból doświadczania tej nędzy, bywa naprawdę trudny do zniesienia. Tym bardziej więc, ile razy słyszę, że ktoś nakręcił naprawdę świetny film, nagrał znakomitą piosenkę, czy wydał wspaniałą książkę, w pierwszej chwili ogarnia mnie autentyczna wiara, że może faktycznie tym razem stanie się coś, co tę klątwę odczaruje. No i zawsze odchodzę jeszcze bardziej rozczarowany, niż poprzednim razem.
Od czasu jak prowadzę tego bloga, dwa razy zdarzyło mi się trafić na polskiego wykonawcę, który mnie autentycznie zachwycił, a który zdecydowanie należy do trzeciej z wymienionych przez mnie grup aspirujących artystów, czyli jest tym kimś, komu w pewnym momencie powiedziano, żeby spieprzał i się więcej nie pokazywał. Pierwszym z nich był człowiek występujący pod ksywą Schmaletz z piosenką pod tytułem „Rewolucyjne NSZ”.
Wysłuchałem tej piosenki i tego głosu i byłem pod takim wrażeniem, że napisałem specjalną, poświęconą owemu Schmaltzowi notkę. Schmaletz jakimś cudem notkę przeczytał, napisał do mnie krótki mail z podziękowaniem, zapewniając mnie jednocześnie, że on już jest zarówno poza branżą, jak też nawet poza jakimikolwiek planami, by się tam próbować ponownie dobijać. Zapytałem go, czy można gdzieś kupić jego płyty, których, jak się zdaje wydał kilka, jednak odpowiedział mi, że nic o tym mu nie wiadomo. I tyle.
Drugi raz, jak trafiłem na artystę moim zdaniem wyjątkowego, to był, również opisany przez mnie na blogu, przypadek kobiety o imieniu Jadźka. Jadźka to dziewczyna trochę z gór, trochę stąd, czyli ze Śląska, wówczas pracująca jako początkujący lekarz w Siedlcach, a jednocześnie muzyk, kompozytor, autor tekstów, piosenkarka i lider zespołu o nazwie Kidbrown. No i też oczywiście ktoś, komu podobnie jak wcześniej Schmaletzowi, powiedziano, żeby na nic nie liczył. Oto jedna z tych piosenek:
I oto nagle, na fali świeżego bardzo powrotu, wydawałoby się ostatecznie zamkniętej i przysypanej kurzem, sprawy zabójstwa Jolanty Brzeskiej, przypomniałem sobie piosenkę muzycznego duetu pod nazwą Kopyt/Kowalski, którą już kiedyś miałem okazję się zachwycić, a która jednak jakoś zatarła się w mojej pamięci. Z tego co nam wiadomo, ów Kopyt/Kowalski to tandem ideologicznie zbliżony do owych neo-komunistycznych warszawskich środowisk spod znaku Krytyki Politycznej, a zatem ktoś może mi powiedzieć, że ja, jako stary punk, demonstruję swoje stare kompleksy, nie zmienia to jednak faktu, że ja autentycznie uważam, że Kopyt/Kowalski to coś, czego w na tej biednej scenie jeszcze nie było. Ich piosenka zatytułowana „Kto zabił Jolantę Brzeską”, to zarówno w warstwie muzycznej, tekstowej, jak i czysto wykonawczej, prawdziwa rewelacja. No ale i tu, podobnie jak w wypadku Schmaltza, czy zespołu Kidbrown, mamy do czynienia z kompletną blokadą. Ja nie wiem oczywiście, jak to się stało, że oni na swoim koncie mają zaledwie parę piosenek, ani też w jakim stopniu to, że z tego nic nie wyszło, to wina systemu, a w jakim ich ewentualnej gnuśności, ale doświadczenie mi mówi, że oni tu akurat nie mieli nic do gadania. Chcę wierzyć, że oni w pewnym momencie autentycznie zrobili wszystko, co trzeba, a co jest etycznie dopuszczalne, by odnieść sukces, jednak zwyczajnie nie zostali za te bramki wpuszczeni.
Słuchałem wczoraj tej piosenki o zabójstwie Jolanty Brzeskiej, wsłuchiwałem się w naprawdę świetny tekst, oglądałem naprawdę porządnie i z prawdziwym smakiem zrobiony clip, raz, drugi, trzeci, i za każdym razem nie opuszczała mnie ta smutna myśl, że cokolwiek by oni zrobili, na samym szczycie i tak będzie Monika Brodka ze swoją najnowszą płytą i ten idiota Devendra Banhart, na którym ona zrobiła takie wrażenie, że on się przy niej poczuł… taki malutki.
Posłuchajmy więc na koniec Kopyta i Kowalskiego i miejmy przynajmniej tę satysfakcję, że zanim umrzemy, zobaczymy to ludzkie ścierwo, jak w tych swoich garniturach i krawatach wysiadają z radiowozu, a grzeczny pan policjant przytrzymuje im łby, by sobie przypadkiem nie nabili guza. Przynajmniej to.
Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.